fot. Yulka Wilam / mat. prasowe

W poszukiwaniu polskiego bitelsa

10 marca 2016

Najnowsza płyta Brodki ukaże się w całej Europie – doniosły ostatnio branżowe media…

Z jednej strony jako fan polskiej muzyki od razu się ucieszyłem – to świetnie, że polską muzykę będzie można kupić w sklepach za granicą! Wydawałoby się, że o to właśnie chodzi zarówno młodym rozpoczynającym karierę muzykom, jak i wszystkim innym twórcom. – Oby naszą muzykę usłyszano, było jej więcej, zyskała popularność – myśli zapewne twórca. Tworzy się przecież dla kogoś, a dystrybucja zagranicą to nie lada gratka.

Latami przyglądam się legendom muzyki, chcąc niejako sprawdzić jak to się dzieje, że niektórym udaje się na tak znakomitą skalę. Co za tym stoi? Od edukacji muzycznej twórcy, poprzez słuchanie określonych gatunków, predyspozycje do śpiewania, grania, sam proces tworzenia, konsekwencje podejmowanych działań, spotykanie rozmaitych osób no i odbiór. Właściwie nad każdym z wymienionych czynników, których swoją drogą moglibyśmy mnożyć w nieskończoność można pochylić się na dłużej. Pozostańmy jednak przy Brodce jako względnie dojrzałym już muzyku i jego warunkach. Czyli muzyk a muzyk popularny na świecie.

Szczególnie ciekawą do obserwacji jest brytyjska scena muzyczna. The Beatles, Led Zeppelin, Queen, Depeche Mode, The Cure, Blur, Oasis, Radiohead czy ostatnio Adele, albo zdobywca Oscara za najlepszy utwór wykorzystany w filmie – 24-letni Sam Smith. Z różnych dekad moglibyśmy brać garściami przykłady znakomitych – z jednej strony – karier, z drugiej – rozprzestrzeniania się muzyki z Wysp na całym świecie.

– Co też musiałoby się wydarzyć, żeby urodził się ktoś na miarę „polskiego bitelsa”? – zastanawiałem się głośno w towarzystwie muzyka i antropologa kultury, Wojtka Krzaka. I tu zastrzegę – nie chodzi o kompleks niższości, który złośliwi dopisaliby natychmiast. Mam raczej na myśli, czy coś takiego zwyczajnie jest możliwe. Wojtek odparł pewnie: – Urodzi się. Będzie to syn emigrantów w Anglii. Wówczas w rozmowie krążyliśmy wokół edukacji poprzez media. W Wielkiej Brytanii znakomicie działa BBC, gdzie muzyka ma swoje uzasadnione miejsce i jest – określając zupełnie bez przesady – czczona. Tak też odbiera ją tamtejszy słuchacz. Wojtek przywołał też historię z jednego z koncertów, które zagrał za granicą. Obecni na koncercie wydawali się – jak to określił – dmuchać w żagiel występującego muzyka. Na koncercie z tą samą grupą muzyków w Polsce, na jednym z festiwali, potencjalni słuchacze rozeszli się coś zjeść, albo wydawali się znudzeni czy też przygnębieni. Ale nie generalizujmy, że dzieje się w ten sposób zawsze. Koncerty cieszą sie popularnością, dziś przecież większą niż sprzedaż płyt.

Kolejny trop w sprawie pochodził z samych Wysp. Będąc w Anglii trafiłem na książkę MOD: Od bebopu do britpopu. Największe brytyjskie ruchy młodzieżowe (MOD: From Bebop to Britpop, Britain’s Biggest Youth Movement). Autorem wydawnictwa jest historyk kultury, dr Richard Weight. Badacz dzieli się ogromem wiedzy m.in. historyjką sprzed sześćdziesięciu lat. W czasach rozwoju kina i telewizji, w latach 50. brytyjskie elity zauważają, że poprzez te właśnie media następuje amerykanizacja kultury na Wyspach. Z rozgoryczeniem rząd kraju nakłada limity. Zmniejszają liczbę programów telewizyjnych pochodzących ze Stanów i filmów wyświetlanych w kinach. Konserwatyści chcą w ten sposób uchronić tradycyjną, brytyjską kulturę. Wskazują tym samym na inne europejskie kraje, zazdroszcząc im bariery językowej, której Brytyjczykom rzekomo brakuje.

Natychmiast zauważalny staje się rozdźwięk pomiędzy dzisiejszą ogromnie rozwiniętą kulturą muzyczną w Wielkiej Brytanii a zdaniem elit sprzed lat. Język, który w myśl tradycjonalistów zwyczajnie szkodzi kulturze brytyjskiej otwiera także drogę w odwrotnym kierunku tj. z Wysp do Stanów, co wkrótce nastąpi. Poza tym – istotnie – jest barierą. Dla muzyków i twórców z innych krajów język okaże się często nie do przeskoczenia.

Jest coś jeszcze – „Brytyjska Inwazja”. To pojęcie odnosi się do lat 60. i dotyczy całej niemal masy zespołów brytyjskich, które podbiły amerykański rynek. The Animals, The Kinks, The Who, The Yardbirds… Można by długo wymieniać, choć najlepszymi przykładami są dwie legendarne grupy – The Beatles i The Rolling Stones. Co ciekawe, jakby zagłębić się jeszcze odrobinę zauważymy, że genem Brytyjskiej Inwazji jest jednak kultura amerykańska. Beatlesi słuchali na wskroś amerykańskiego rock’n’rolla i w jego duchu rozpoczynali swoją karierę. Stonesi natomiast fascynowali się bluesem, rdzennie przecież amerykańskim. Oczywiście – musieli mieć dostęp do tej kultury, za co nieprzecenioną rolę odegrało rzeczone już wcześniej BBC. Ale Inwazji Hiszpańskiej, czy Francuskiej nie było.

Trafiłem. A przynajmniej tak czułem. Dzięki brakowi granicy językowej nagrania twórców mogły zostać łatwo odebrane przez Stany, podbić tamtejszy rynek, a następstwem tego znów zostać masowo przekazane do reszty świata. Czy nie w ten sposób tworzyły się muzyczne legendy? Brytyjskie legendy lat 60. – tak. Ale chciałem to sprawdzić.

A jak to jest z muzyką, która nie używa języka? Jazz? Krzysztof Komeda. Znakomita kariera zagraniczna i zarazem polska muzyka na świecie. Dalej – Tomasz Stańko, Andrzej Kurylewicz, Michał Urbaniak, Adam Makowicz, Zbigniew Namysłowski – plejada muzyków, którzy nagrywali dla zagranicznych wytwórni płytowych. Fakt, że lata 70. dla jazzu to był znakomity okres. Niemniej jednak – polscy twórcy grali z powodzeniem w lidze światowej. O piosenkę jednak trudniej.

Na potwierdzenie takiej drogi kariery światowej przyszedł mi do głowy jeszcze Bob Marley. Ewidentnie wyróżniał się twórczością. Jamajczycy przecież tworzyli reggae już wcześniej – pod postacią ska, czy rocksteady. Żeby wypłynąć dalej trzeba było jednak osiągnąć pewien poziom. Do niego doszedł Marley. Uniwersalizm przekazu i język pozwoliły charakterystycznej muzyce z Jamajki przebić się do dalszego grona słuchaczy. W tym przypadku – kultura jamajska by rozlać się na cały świat odbiła się – tym razem – od Wielkiej Brytanii. Zupełnie jak w przypadku Brytyjskiej Inwazji na Stany.

Spójrzmy więc jeszcze raz na tę informację: Monika Brodka wyda płytę w całej Europie.

Czy tak po prostu – płyta Clashes okaże się znakomita i zostanie ciepło przyjęta? Albo głębiej – może Clashes trafi do dużego ośrodka jak Stany czy Wielka Brytania, zwróci na siebie uwagę, wybije się i rozejdzie na cały świat? Singiel Horses jest po angielsku, a więc język na pewno nie przeszkodzi. No i wreszcie – w jakim stopniu ważny jest sam język, a w jakim pozostałe walory utworów jak wypracowane brzmienie, tekst czy oryginalność? W sprawie nowej płyty Brodki z pewnością dowiemy się więcej 13 maja, kiedy Clashes ujrzy światło dzienne. A w sprawie poszukiwań polskiego bitelsa? Bądźmy cierpliwi, a w żagle muzyków dmuchajmy mocno.

Autor: Radosław Bartosiński | Źródło: RDC