Skolarski, Jurowski i Sinfonia Iuventus w Filharmonii Narodowej

15 lutego 2016

Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus reklamowała ten koncert nazwiskiem doświadczonego rosyjskiego dyrygenta Michaiła Jurowskiego.

Magnesem miał być również słynny Koncert fortepianowy c-moll op. 18 Sergiusza Rachmaninowa (jest czymś w rodzaju szlagieru muzyki poważnej) w wykonaniu Konrada Skolarskiego. Mnie jednak zachęciła przede wszystkim perspektywa wysłuchania na żywo ostatniej, IX Symfonii Antona Brucknera (1887), jednego z największych symfoników w dziejach muzyki.

Tego kompozytora, który z trudem przebijał się przez wiedeńskie salony II poł. XIX w. i dopiero pod koniec życia doczekał się względnego uznania, grywa się w Polsce niezwykle rzadko z kilku powodów: potrzebny jest ponadprzeciętnie rozbudowany skład symfoniczny, nie ma u nas praktyki wykonawczej związanej z tym kompozytorem, a na nim samym niesprawiedliwie ciąży odium jednego z ulubionych twórców Adolfa Hitlera, przy czym sam Bruckner nie miał z tym nic wspólnego, zmarł bowiem w 1894 roku i w przeciwieństwie do Ryszarda Wagnera nie publikował antysemickich artykułów. Bruckner był wielkim indywidualistą, jego napisane z gigantycznym rozmachem dzieła są wyzwaniem dla dyrygentów, na dodatek w Polsce chętniej słucha się symfonii Beethovena i Brahmsa, niż Schuberta, z którego Bruckner sporo zaczerpnął, jeśli chodzi o model symfoniki. Bruckner, komponując swoje symfonie, posługiwał się wielkimi brzmieniowymi płaszczyznami, był też mistrzem budowania napięcia, co słychać szczególnie w III cz. IX Symfonii. Najbardziej zagadkowe jest to, że czasem to napięcie nie kończy się kulminacją, tak jakby chodziło tylko o sam proces tworzenia napięć muzycznych (są jak rozgoniona przez wiatr nawałnica chmur, z których nie ma deszczu), a nastrój zmienia się nieoczekiwanie  – jak więc interpretować tak oryginalnego kompozytora? Na to pytanie odpowiadają tylko nieliczni dyrygenci.

Dla Sinfonii Iuventus, która składa się z najzdolniejszych absolwentów polskich wyższych uczelni muzycznych (do 30 roku życia), którzy zdobywają w niej zawodowy szlif, wykonanie Symfonii d-moll Brucknera było na pewno dużym wyzwaniem. Choć nie dostrzegłam w Michaile Jurowskim znamion dyrygenta z wielką osobowością, za którą orkiestra poszłaby w ogień (a bywają tacy, np. Charles Dutoit, który dyrygował tym zespołem w Warszawie dwa lata temu), to bez wątpienia pod jego kierunkiem młodzi instrumentaliści wykonali kawał solidnej pracy; byli bardzo dobrze przygotowani. Osiem waltorni na otwarcie I cz. IX Symfonii zabrzmiało wspaniale (w tym utworze Bruckner wykorzystał też tzw. tuby wagnerowskie), również kwintet smyczkowy uzyskał lekkie, jasne brzmienie potrzebne jako przeciwwaga dla rozbudowanej obsady instrumentów dętych blaszanych. W dętych drewnianych wyróżniały się grupy klarnetów i obojów. Jurowski wykazał się dbałością o detale, zarazem zamknął w ryzach ten wielki żywioł, jakim z jednej strony jest IX Symfonia Brucknera, z drugiej zaś młoda, zdobywająca dopiero doświadczenie orkiestra i bardzo w tym momentami niecierpliwa. Słychać to było najbardziej w niesamowitym Scherzu (cz. II), które – nawiasem mówiąc – Ingmar Bergman wykorzystał jako ścieżkę dźwiękową w swoim ostatnim ostatnim filmie „Sarabanda” (2003). To Scherzo wymaga niesłychanej precyzji w zgraniu się różnych grup instrumentów i jej właśnie momentami brakowało. Szkoda, że tak doświadczony dyrygent nie skłonił młodych muzyków do oddychania razem z muzyką, do uzyskania większej swobody, a nie tylko sztywnego, mechanicznego realizowania zapisanych w partyturze pauz, których zresztą nie zawsze dotrzymywali w swojej młodzieńczej i napędzanej tremą niecierpliwości. Symfonia została bardzo dobrze odtworzona, ale zabrakło serca i ducha, głębokiego przeżycia i zrozumienia, czegoś, co sprawia, że emocje przechodzą od wykonawców do słuchaczy i zbliżają ich wzajemnie.

W pierwszej części koncertu wystąpił Konrad Skolarski, pianista mimo swoich 36 lat wciąż mało znany (po dłuższej przerwie powrócił na estradę). Jest absolwentem, a obecnie pracownikiem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, w dorobku ma dwie płyty z dziełami Liszta, Skriabina, Rachmaninowa, Prokofiewa. Wyraźnie pociąga go muzyka rosyjska. Przyznaję, że pierwszy raz słyszałam go na żywo. Jest to pianista bardzo muzykalny, dobrze wczuwający się w charakter późnoromantycznej, zmysłowej muzyki Rachmaninowa. W jego grze zabrakło mi wirtuozowskiego blasku, niekiedy swobody, większego zróżnicowania nastrojów i kolorystyki brzmienia. Nie udała się współpraca dyrygenta i solisty, przede wszystkim w pierwszej części Koncertu c-moll (1901) – bo gdy Skolarski chciał muzyczną frazę bardziej rozciągnąć w czasie, Jurowski na to nie reagował, orkiestra na znak jego batuty wchodziła za wcześnie, mijając się z pianistą czasem o pół taktu. Pianiście chodziło o wyeksponowanie swojej partii, choć momentami był w tym zbyt delikatny, zaś dyrygentowi na pokazaniu solowych wejść instrumentów dętych drewnianych (bardzo dobry klarnet), które stały się jakby sztuką samą w sobie, a nie kontrapunktem lub partnerem dla fortepianu. Jeśli więc chodzi o współpracę solisty, dyrygenta i orkiestry, nie było to najlepsze wykonanie. Skolarski zabisował dwukrotnie, m. in. „Nokturnem” Piotra Czajkowskiego.

Recenzja koncertu, który odbył się w Filharmonii Narodowej 11 lutego 2016 roku.

Autor: Anna S. Dębowska | Źródło: RDC