fot. Wikipedia

Powrót Guns N’ Roses

11 stycznia 2016

Od kilku lat nową, świecką tradycją w muzyce stały się powroty wielkich gwiazd sprzed lat i reaktywacje zapomnianych zespołów. W tym roku media żyją na razie comebackiem Guns N’ Roses, który oczywiście jest sporą sensacją.

Choć wcale nie chodzi o sam fakt, że po ponad 20 latach Axl Rose wreszcie pogodził się ze Slashem, bo przecież w showbiznesie każda przyjaźń ma swoją cenę. Raczej o to, że ktoś w ogóle jeszcze pamięta ten zespół i czekał na jego powrót, skoro bilety na jedyny występ na festiwalu Coachella rozeszły się w minutę!

Słuchaczom po trzydziestce nie trzeba wymieniać wszystkich zasług Guns N’ Roses i wystarczy im truizm rodem z „Teraz Rocka” – „legendarna formacja”, „jedna z najbardziej znanych grup rockowych na świecie”, „najbardziej niebezpieczny zespół w historii”. I natychmiast powrócą wspomnienia o zgranych pirackich dwóch kasetach „Use Your Illusion” i o okładce „Appetite for Destruction” z trupimi czaszkami zamiast twarzy muzyków, o tańczeniu na dyskotece w szkole tzw. wolnych z dziewczynami przy „Don’t You Cry” i o pogo z kolegami przy „Welcome To The Jungle” (obowiązkowo z machaniem głową i udawaniem gry na gitarze w powietrzu), a także o długim klipie „November Rain” w MTV oraz o plakatach i zdjęciach w „Bravo” i „Popcornie”. Przypomną się napisy na plecakach typu „kostka”, naszywki na kurtkach, logo z pistoletami i różami nabazgrane w zeszytach, nazwa zespołu wydrapana na ławce, a także noszenie obcisłych dżinsów, koszul w kratę zawiązanych w pasie i bandan na głowie. Choć dla wielu osób te historie mogą być dzisiaj nieco wstydliwe i nie będą chcieli się do nich przyznać.

Z kolei co bystrzejszy nastolatek najpierw sprawdzi w szafie, czy przypadkiem nie ma koszulki tego zespołu ze sklepu H&M, a potem zacznie szukać klipów na Youtube. Prędko może się zakończyć tym, że zacznie przecierać oczy ze zdumienia i pomyśli „LOL” albo nawet „WTF”. Weźmy na przykład pierwszy hit „Welcome To The Jungle”. Axl wygląda w nim, jakby właśnie wstał z łóżka, ma potarganą fryzurę, pomiętą koszulkę, przeciąga się na scenie, a obcisłe spodnie utrudniają mu ruch. Jego koledzy nie wyglądają lepiej, przed wejściem na plan loki musiał im układać damski fryzjer, a powyciągane koszule i dziurawe spodnie pewnie wpadły im w ręce w secondhandzie. A krzykliwy śpiew, piski i jęki podniecenia, kręcenie biodrami, wierzganie nogami i rzucania się na kolana… – oni to robią tak na serio czy to kolejny pastisz w stylu The Darkness? Jeszcze bardziej niewiarygodne są fabularne klipy z Axlem w roli głównej do „Don’t Cry”, „Since I Don’t Have You” czy „November Rain”, które są równie ekscytujące i owiane legendą co film „Dirty Dancing” (na kasetach video pod polskim tytułem „Wirujący seks”). Przy okazji propozycja „youtube party” dla młodych widzów o mocnych nerwach – sprawdźcie nazwy Mötley Crüe, Poison, Skid Row, Cinderella, Whitesnake, Bon Jovi, a będzie niezapomniana noc!

Jak wytłumaczyć fenomen grupy, która sprzedawała więcej płyt i zapełniała większe stadiony niż U2, a do tego brała więcej narkotyków, spożywała większe ilości alkoholu i miała  więcej dziewczyn niż… członkowie Coldplay? Axl Rose miał taką charyzmę i osobowość, a do tego wybujałe ego i był takim bufonem jak Kanye West. Jego agresywne zachowanie, problemy psychiczne, a do tego dwuznaczne teksty i wulgarne odzywki przypominały Eminema. Nastoletnie fanki rocka może również zainteresować to, że ekscentryczne zachowanie i styl Axla imponował Jaredowi Leto z 30 Seconds to Mars, który może nie jest urodzonym rockmanem, ale przynajmniej jest lepszym aktorem niż lider Guns N’ Roses. Slash był takim typem macho jak Lenny Kravitz, seksownym facetem z długimi włosami, z kolczykiem w nosie, w przyciemnianych okularach i z gołą klatą. Dzisiaj gitarzyści nikomu nie imponują, więc, powiedzmy, że to taki producent jak Diplo, Avicii, Skrillex czy Deadmau5. Stoi trochę w cieniu (chyba, że wykonuje solówkę), ukrywa się pod pseudonimem (Saul Hudson brzmi mało sexy), niewielu kojarzy jego twarz (bardziej cylinder i papierosa), ale kiedy jest na scenie z zespołem, dziewczyny piszczą na jego widok i każdy facet chciałby być na jego miejscu. Natomiast burzliwe relacje Axla i Slasha oraz skandale z udziałem członków Guns N’ Roses na pewno byłby lepszą pożywką dla paparazzi i portali plotkarskich niż doniesienia o kłótniach w One Direction czy o imprezach u Justina Biebera.

O ile po latach image zespołu można łatwo rozpracować, tak próby wyjaśnienia, dlaczego kiedyś ludzie chcieli go słuchać, wydają się bezcelowe. Dla pokolenia wychowanego w latach 80. Guns N’ Roses byli taką rock’n’rollową ekipą jak dla ich rodziców Rolling Stones, a Axl Rose i Slash stanowili taki nierozłączny i wybuchowy duet jak Mick Jagger i Keith Richards. Grupa wstrzeliła się idealnie w swoje czasy, z jednej strony kończył się szał na hair metal i przejadły się power ballady, a z drugiej na listach przebojów królował pop i gwiazdy znane od kilku sezonów. Na tle konkurencji muzycy Guns N’ Roses byli rockowymi herosami i ucieleśnieniem mitu sex drugs & rock’n’roll, byli młodzi i bezczelni, zachowywali się arogancko i grali głośno, a ich piosenki leciały na okrągło w MTV. Dopiero na początku lat 90. nadciągająca ze Seattle fala grunge’u uświadomiła fanom rocka, że jest alternatywa dla przydługich solówek i szpanerskich riffów, a muzycy nie muszą wyglądać na scenie jak modelki na wybiegu i zgrywać atletów. Axl był nawet fanem Nirvany i zaprosił ją na wspólną trasę z Metallicą, ale Kurt nie chciał mieć nic wspólnego z Guns N’Roses, bo uznawała grupę za reprezentanta korporacyjnego rocka i symbol wszystkiego co najgorsze w muzyce. Od tamtego czasu wreszcie można był otwarcie żartować z jej image’u i muzyki, a najlepiej było o niej po prostu zapomnieć. Zresztą Axl stał się pośmiewiskiem nagrywając ostatni jak dotąd album „Chinese Democracy” – prace trwały ponad dziesięć lat, koszty wyniosły ok. 13 milionów dolarów i okazał się komercyjną klapą.

Mimo wszystko dawny sentyment gdzieś jeszcze pozostał i rockowa publiczność znów chce masowo zobaczyć Guns N’ Roses na żywo, tak jak w święta miliony ludzi na świecie popędziły do kin i obejrzały kolejny sequel słynnej sagi „Star Wars”. Choć akurat ta reaktywacja na festiwalu Coachella wydaje się mieć równie duże znacznie dla historii i jest tak potrzebna publiczności jak szósta część „Terminatora” czy piąta „Rambo”.

Autor: Jacek Skolimowski | Źródło: RDC