fot. Pixabay

Czego naprawdę słuchaliście w 2015 r.?

9 stycznia 2016

Na koniec roku większość dziennikarzy muzycznych stawia sobie za punkt honoru stworzenie jak najlepszego podsumowania.

Normalni ludzie nie zawracają sobie tym głowy, bo mniej więcej wiedzą, czego lubią słuchać i nie robi im różnicy, czy są to nowe płyty czy sprzed kilku lat. Co innego dziennikarze, dla nich układanie listy albumów roku to ogromny stres i odpowiedzialność, a także możliwość wykazania się i zaimponowania innym. To również okazja na zadania sobie kilku osobistych pytań: Czy tak jak wszyscy jestem fanem Kendricka Lamara? Może powinienem był jednak posłuchać więcej nowego Drake’a? Po co zmarnowałem tyle czasu na The Weeknd? Naprawdę dobrze się bawiłem przy Major Lazer? Czy muszę dosłuchać do końca Adele?

Jak zabrać się za takie zestawienie? Można iść po najmniejszej linii oporu i skupić się tylko na najgłośniejszych premierach. Wtedy przydadzą się publikowane od listopada podsumowania w ostatnich papierowych magazynach na rynku: Mojo, Q, Uncut, Spin, NME, Rolling Stone, Billboard. Ich autorzy nie starają się nikogo zaskoczyć, a od kilku lat dbają również o to, żeby swoim gustem nie zbłaźnić się przed młodszymi czytelnikami. Po pobieżnej lekturze można się zorientować, że koniecznie trzeba uwzględnić z hip-hopu Kendricka Lamara „To Pimp a Butterfly”, z rocka Tame Impala „Currents”, z folku Sufjana Stevensa „Carrie & Lowell”, z elektroniki Jamiego XX „In Colour”, z alternatywy Julii Holter „Have You in My Wilderness” i z jazzu Kamasiego Washingtona „The Epic”. W ten sposób mamy prawie gotową pierwszą dziesiątkę, ale wcale nie trzeba ograniczać się tylko do tej liczby. Przecież prasa publikuje zestawienia 50, a nawet 100 tytułów – chociaż czy wyszło aż tyle ciekawych płyt i czy słyszeliśmy przynajmniej połowę z nich? Przecież co ambitniejsi mogą szybko nadrobić zaległości, bo to tylko cztery dni słuchania non-stop. I jeśli trzeba będzie w międzyczasie się zdrzemnąć albo wyjść po jedzenie, to realizacja tego zadania zajmie co najwyżej tydzień.

Drugi sposób na podsumowanie jest bardziej karkołomny. Najpierw trzeba wykreślić z listy płyty wymienione w innych zestawieniach, a następnie zastąpić je zupełnie innymi tytułami. Warto przy tym podejrzeć serwisy internetowe i blogi, których autorzy chyba mają dużo szybsze łącza niż reszta dziennikarzy, skoro są w stanie przyswoić więcej muzyki na przestrzeni roku. Przez długie lata głównie autorzy Pitchforka wygrzebywali mało znane wydawnictwa amerykańskiej rockowej alternatywy. Kiedy to już się ograło czytelnikom, zaczęli lansować inne gatunki od hip-hopu aż po metal, a potem dla odmiany zajęli się popem… również z Japonii i Korei. Obecnie lubi zaskakiwać serwis The Quietus, w tym roku w jego pierwszej trójce albumów nieco egzotyki wprowadza wydawnictwo naszej rodzimej Starej Rzeki „Zamknęły się oczy ziemi”. W kwestii wyróżniania płyt, których w ciągu roku nie sprzedaje się nawet tysiąc egzemplarzy, niezawodny jest jak zawsze magazyn The Wire. Jego autorzy również tym razem przygotowali miłą niespodziankę nie tylko dla polskich czytelników, wysoko w zestawieniu – zaraz za Björk i daleko przed Aphex Twinem – pojawia się płyta Raphaela Rogińskiego „Raphael Rogiński plays John Coltrane and Langston Hughes African Mystic Music”. Jeśli nie słyszeliście większości płyt wymienionych na tych dwóch listach, to może jednak nie próbujcie od razu porywać się na nie wszystkie, bo możecie to przepłacić to nawet własnym zdrowiem.

A co zrobić, kiedy nie macie czasu na takie zabawy? Po prostu sprawdźcie konto na Spotify i dowiedzcie się, jakie pliki najczęściej odtwarzacie. Znany serwis streamingowy przygotował również własne podsumowanie na podstawie wyników zebranych do 75 milionów użytkowników z całego świata, którzy przesłuchali w sumie 20 miliardów godzin muzyki! Co prawda, wciąż nie ma tam dostępnych wszystkich albumów (m.in. Adele) i nie wszyscy korzystają z jego usług, ale i tak są to najbardziej miarodajne dane, które pokazują, co naprawdę nam się podoba. Okazuje się, że największym uznaniem w mijającym roku cieszyły się albumy The Weeknd „Beauty Behind the Madness”, Drake’a „If You’re Reading This It’s Too Late” i Major Lazer „Peace Is the Mission”. Zimą podobali się bardziej Ed Sheeran i Hozier, wiosną Ellie Goulding i Major Lazer, latem OMI i Wiz Khalifa, a jesienią The Weeknd i Justin Bieber. Można nawet dokładnie prześledzić wyniki w poszczególnych krajach. Tu również czeka nas niespodzianka, ponieważ tych samych artystów słucha się w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, we Francji czy w Niemczech, jak i w Boliwii, Chile, Gwatemali, Hondurasie, Salwadorze, Meksyku, Nikaragui, Dominikanie… Może tylko Polacy mają nieco inne gusta, bo w pierwszej trójce albumów 2015 r. zaraz za Major Lazor i The Weeknd pojawia się Gang Albanii „Królowie Życia”.

Może za kilka lat serwisy streamingowe do końca wyprą z rynku sklepy płytowe, a dane statystyczne będą lepiej oddawały nasze preferencje muzyczne niż opinie dziennikarzy. Nie trzeba będzie już dyskutować o gustach, ani robić sobie rachunku sumienia na koniec roku, ponieważ najpopularniejsza muzyka, będzie równocześnie uznawana za najlepszą. Wtedy pozostanie nam już tylko żal za grzechy.

Autor: Jacek Skolimowski