Beyonce – Lemonade (recenzja)

Beyonce – Lemonade (recenzja)

22 maja 2016

No, no, to dopiero niespodzianka! Królowa r’n’b ryknęła i to potężnie.

To, że Beyonce ma naprawdę dobry głos wiadomo od dawna, ale to, że ma taki charakter okazało się dopiero teraz. Ta dotychczas dosyć grzeczna wokalistka w pewien sposób obnażyła swoją duszę i pokazała prawdziwy pazur.

Muzycznie Beyonce nigdy nie zapędziła się tak daleko i głęboko w wir różnych gatunków. Wprawne ucho wyłapie masę różnych wpływów i swoistych zapożyczeń potwierdzonych często kilometrowymi nazwiskami współautorów piosenek.

Sama lista gości zaproszonych do współpracy robi wrażenie szalonym rozrzutem – od eterycznego Jamesa Blake’a w Forward, przez mrocznego Weeknda w 6 Inch, po mocno wściekłego Jacka White’a. Kendrick Lamar jest tu najbardziej przewidywalny i jak zwykle dobry. Mało tego, Beyonce zahacza o muzykę country w Daddy Lessons i brzmi w tym nurcie bardzo naturalnie. Zaś jej bluesowe wcielenie może zachwycić wytrawnego fana tego gatunku.

Beyonce wyrzuca z siebie w tekstach wiele frustracji, o których wcześniej nie dawała nam znać. Jest kobietą z krwi i kości, która wścieka się na słynnego męża i nie stroni od języka dalekiego od piosenek Destiny’s Child. W niesamowitej balladzie Love Drought przyznaje jednak, ze jest tylko człowiekiem i to zadziwiająca skromność jak na taką mega gwiazdę.

Beyonce rzuciła się tym razem na głęboką wodę i pokazała, że pływa świetnie każdym stylem. Nie spodziewałem się, że nagra tak fantastycznie eklektyczną muzykę i zrobi to w takim stylu. Tak, tak słucham jej na okrągło.

Autor: Roman Rogowiecki | Źródło: RDC