Dirty Projectors (fot. Facebook)

“Będziemy musieli to przeboleć, czyż nie?”

22 stycznia 2016

Amber Coffman z zespołu Dirty Projectors oskarżyła publicystę o napaść seksualną.

W serii tweetów wokalistka opowiedziała historię sprzed kilku lat i wymieniła winowajcę z nazwiska: Heathcliff Berru, szef agencji Life or Death PR & Management, która reprezentuje takich artystów jak m.in D’Angelo czy Odd Future. “Jestem zmęczona podejrzanymi typami i seksualnymi drapieżnikami, którzy dostają pozwolenia na przekraczanie granić od swoich ‘kolesi’. Niech wam wreszcie wyrosną kręgosłupy i wyciągnijcie konsekwencje!”. W ciągu kilku minut posypały się reakcje – Beth Martinez, z agencji PR-owej Dangerville, napisała, że miała „podobne doświadczenia”. Bethany Cosentino z zespołu Best Coast dodała “byłam zbyt przerażona, aby kiedykolwiek coś powiedzieć”. Yasmine Kittles z Tearist opowiedziała kilka godzin później: “złapał mnie za pośladki i przytrzymał na kanapie. Rozpiął rozporek i zmusił mnie do położenia ręki na jego penisie. Powiedziałam naszemu menadzerowi. Usłyszałam, że jeśli zależy mi na zespole “będziemy musieli to przeboleć, czyż nie?”. Z każdą minutą mnożyły się historie i głosy wsparcia – “nareszcie ktoś zdecydował się przerwać milczenie w sprawie tego dupka”. Tweety wywołały falę publikacji, w których podkreślano, że napaści na tle seksualnym nie są nowym tematem w przemyśle muzycznym.

Beth Martinez przesłała rozwinięcie swojej myśli, rozpoczętej na tweeterze: „Nie chodziło o to, żeby zniszczyć Cliffa Berru. Odpowiedziałam na tweet’a Amber, bo miałam podobne doświadczenia. Nie wiedziałam co się wydarzy. Myślę, natomiast, że to bardzo ważne dla młodych kobiet w branży muzycznej, ale i w innych branżach, żeby wiedziały, że niepożądane zainteresowanie seksualne, jakim mogą być “obdarzane”, jest bardzo niewłaściwe. Nie musisz zgadzać się na nic czego nie chcesz. Zwłaszcza ze strachu, że nie wejdziesz przez to wyżej po szczeblach kariery. To nie tylko wina jednego, konkretnego napastnika- to również kultura w naszym społeczeństwie, sposób w jaki kobiety są traktowane, to musi się zmienić.” Martinez porusza ważny temat, który wykracza daleko poza rynek muzyczny. Dlaczego jest tak duże przyzwolenie na przekraczanie granic? Dlaczego wartość kobiety określana jest poprzez jej atrakcyjność seksualną? Dlaczego kobiety muszą eksponować ciało? Dlaczego dysproporcja ekspozycji ciała mężczyzn i kobiet w komunikacji wizualnej jest tak ogromna? Dlaczego na głównej ulicy miasta, przez długie miesiące, może wisieć reklama znanej brytyjskiej marki prezentująca eleganckiego mężczyznę w garniturze, a obok kobietę w samym staniku? Dlaczego kobiety łapią się w tę pułapkę i godzą się na takie standardy?

Gdy ja zadawałam sobie te pytania kolejne zespoły rezygnowały ze współpracy z Life&Death. Żeby bronić się PR-owo, agencja opublikowała oficjalny komunikat. “Mamy zerową tolerancję dla tego typu zachowań. Jesteśmy wdzięczni Berru za całą pracę i wizję twórczą. Doceniamy i popieramy jego decyzję o rezygnacji ze stanowiska prezesa naszej agencji.” Nie powstrzymało to jednak Wavves, DIIV, Speedy Otriz’a, Kelela’i, Sadie Dupuis i D’Angelo z wycofania się ze współpracy.

Następnego dnia sam zainteresowany umieścił w sieci obwieszczenie, w którym zapewnia, że nigdy nie dosypywał proszków do drinków kobiet, a winą za swoje zachowanie obarcza uzaleznienie od narkotykow i alkoholu i zapowiada zgłoszenie sie do odpowiedniej kliniki. Zamiast uspokoić opinię publiczną słowa Berru spowodowały kolejną burzę. Coffman bez litości komentuje jego słowa: “Heathcliff używa tam słowa “domniemany”. On cholernie dobrze wie, co zrobił. To się nazywają przeprosiny z dupy”. Martinez, w bardzo szczerym komunikacie napisała m.in: “Sama przechodziałam przez uzależnienie i chodziłam na AA. Znam i przyjaźnię się z wieloma osobami, które się z tym borykają. Uzależnienie nie robi z ciebie gwałciciela.”

W tym konkretnym przypadku wiele osób słyszało o tym, że Berru regularnie próbował wykorzystywać kobiety, ale do dziś nie wyciągnęło z tego żadnych konsekwencji. „Wszycy piszą – ‘wiedziałem, że to podejrzany typ, ale wow, żeby aż tak!” – komentowała Judy Miller Silverman, publicystka. „Wiedzieliście, ale nadal go zatrudnialiście, wspieralicie. Niektórzy z was pracowali dla niego.” A jak jest w innych przypadkach? Milczenie to współsprawstwo. Proponuję wszystkim rachunek sumienia i życzę, żeby nikt nie miał sobie nic do zarzucenia.

Autor: Misia Furtak | Źródło: RDC